Alternative flash content

Requirements

Owocne Mistrzostwa Europy

Sekacja parakajakarska IKS-AWF. Artykuł Parakajakiem po medal

150 zawodników z 17 drużyn narodowych rywalizowało w czerwcu w Strasbourgu o 18 tytułów najlepszych szermierzy Europy podczas Mistrzostw Europy w szermierce na wózkach.  Polską drużynę reprezentowało szesnastu zawodników, którzy przywieźli z Francji aż 10 medali.

Na największe sukcesy i laury liczyli oczywiście gospodarze turnieju, Francuzi, którym kibicowała największa grupa widzów zebranych w pięknej sportowej hali w Strasbourgu. Żadna z pozostałych drużyn nie zamierzała jednak ułatwiać Francuzom zadania, a już zwłaszcza Rosjanie i Ukraińcy, którzy od kilku lat dominują w Europie dysponując najsilniejszymi ekipami. One były naturalnymi faworytami do zdobycia największych trofeów w Strasbourgu, choć Francuzi motywowani dopingiem własnych kibiców mogli sprawić niespodziankę. Realnie dawano im jednak szansę na 3 miejsce w końcowej klasyfikacji medalowej, choć i to nie było pewne, ponieważ ochotę na najniższe podium mieli także Węgrzy, Polacy i Włosi, czyli drużyny, które rywalizują ze sobą i Francuzami ze zmiennym szczęściem od kilku lat. Z tych czterech krajów to jednak Francuzi dysponują najlepszym zapleczem - dla porównania nad Sekwaną funkcjonuje 846 klubów szermierczych, a w Polsce 133. Zgodnie z przewidywaniami najwięcej medali w Strasbourgu zdobyli Rosjanie, aż 23 (5 złotych, 5 srebrnych i 13 brązowych) i wygrali klasyfikację medalową, a tuż za nimi uplasowała się Ukraina z dorobkiem 10 medali (odpowiednio 4, 2, 4). Trzecie miejsce przypadło jednak gospodarzom, którzy łącznie zdobyli 9 medali  (2, 3, 4). A jak wypadli Polacy z 10-cioma krążkami?

 

W folderze jaki Francuzi wydali na mistrzostwa, wymieniono dwóch polskich szermierzy, którzy ich zdaniem mogą sięgnąć po tytuł mistrzowski: to Marta Fidrych i Dariusz Pender. O Marcie pisano, że choć nie wygrała od 2013 roku głównego turnieju szermierczego w szpadzie w Kat. B, to mistrzostwa w Strasbourgu mogą być jej zawodami. Przypominano jej srebro z maja z pucharu w Montrealu w Kanadzie, gdzie pokonała wszystkie swoje przeciwniczki, oprócz wielkiej mistrzyni z Hong Kongu, Justine Charissa. Natomiast o Darku Penderze pisano, że wyrobił sobie tak silną pozycję na europejskich turniejach w szpadzie Kat. A, z których regularnie wywozi medale, że w zakładach bukmacherskich niewielu stawiałoby na innego zawodnika kandydującego po złoto. Tym bardziej, że Darek zajmował 1 miejsce w światowym rankingu najlepszych szermierzy na wózku w swojej kategorii w szpadzie. Przypomniano także jego nominację na "Najlepszego zawodnika miesiąca" w plebiscycie organizowanym przez Międzynarodowy Ruch Paraolimpijski, za zdobycie przez Pendera w Montrealu dwóch złotych medali - we florecie i szabli - co się rzadko zdarza.

Marta Fidrych rzeczywiście rozpoczęła turniej znakomicie - w swojej grupie wygrała wszystkie walki eliminacyjne. Aby wejść do półfinału i tym samym znaleźć się wśród najlepszych zawodniczek, musiała wygrać dwie walki pucharowe. I tak też się stało - nie dała szans ani Katji Luke z Niemiec, ani Ukraince Jewhenii Breus, wysoko je pokonując. W walce półfinałowej naprzeciw niej usiadła inna Ukrainka, Alla Gorina. Marta miała złe wspomnienia związane z Goriną, z którą kilka razy przegrała. Pamiętała zwłaszcza sromotną porażkę na Paraolimpiadzie w Londynie. Teraz chciała wziąć odwet za tamtą przegraną i odebranie marzeń o medalu paraolimpijskim. Do turnieju była dobrze przygotowana, więc tylko brak wiary w możliwość pokonania Goriny, mógł przesądzić o jej przegranej. Już po pierwszej wymianie, Marta wyszła na prowadzenie i poczuła się pewniejsza. Jej trener powtarza, że gdyby Marta miała więcej wiary w siebie, częściej wygrywałaby z najlepszymi zawodniczkami. Teraz czuła się pewnie, bo do końca pojedynku nie dała Ukraince wyjść na prowadzenie, ostatecznie wygrywając 15:12.

- Mimo, że przed mistrzostwami wszyscy mówili mi, że mogę wygrać z każdą przeciwniczką, a nawet zdobyć złoto, to jakoś nie byłam do tego przekonana - mówi Marta. - Oczywiście chciałam zdobyć medal, byłam dobrze przygotowana i czułam się też dobrze, ale zdawałam sobie sprawę, że poziom jest wysoki, więc mogło być różnie. Cieszyłam się z wygranej z Goriną, w finale jednak spotkałam się z Rosjanką Julią Efimową, z którą jeszcze nigdy nie wygrałam w szpadzie.

Efimowa była oczywiście zdecydowaną faworytką w potyczce o złoto i lepszą szpadzistką od Goriny. Marta złapała jednak wiatr w żagle. I choć do przerwy trudno byłoby wskazać, która z nich ma większe szanse na wygraną, w drugiej części przewaga Marty stawała się coraz bardziej widoczna.

- Marta nie była faworytką do zdobycia złota, zrobiła jednak podobną niespodziankę jak Mistrzostwach Świata w Budapeszcie, gdzie pokonała najlepszą szermierkę na świecie z Chin i wywalczyła brąz - mówi trener Sebastian Koziejowski. - Teraz pokonała Jefimową, najlepszą zawodniczkę w Europie 15:12. Tym większy to sukces. Mam nadzieję, że uskrzydli on trochę Martę bo brakuje jej ustabilizowania wyników, regularnego potwierdzania formy, jak robią to najlepsze zawodniczki i czasem ma jeszcze w oczach strach przed niektórymi z nich, choć wiemy na co ją stać.

Marta przyznaje, że to była najważniejsza walka w jej życiu dająca upragnione złoto. Medal był też  pierwszym w dorobku naszej ekipy na ME, od razu w najcenniejszym kolorze. Niewiele brakowało, abyśmy mieli tego samego dnia drugie złoto. Darek Pender we florecie Kat.A wygrał wszystkie pięć walk w fazie grupowej. W pucharach wysoko pokonał Włocha Alberto Pellegriniego (15:8) oraz faworyta gospodarzy - Francuza Damiena Tokatliana (15:9). Aby wejść do finału musiał jednak pokonać bardzo mocnego Rosjanina, Romana Fiedajewa, który na tych mistrzostwach wywalczył złoto w szpadzie. Fiedajew to młody, znakomicie wyszkolony, o potężnych warunkach fizycznych zawodnik. Jeszcze niedawno walczył w młodzieżowej kadrze narodowej szermierzy sprawnych. Uległ jednak wypadkowi samochodowemu w wyniku którego stracił podudzie, w konsekwencji przeniesiono go do kadry szermierzy na wózkach. I tu, niemal od razu, zdominował swoją grupę. Niemal, gdyż nie pozwala mu jej całkowicie zdominować doświadczony mistrz, Darek Pender. W pojedynku o wejście do finału, stanęły więc naprzeciw siebie siła i doświadczenie. I rzeczywiście Fiedajew częściej atakował, a Darek częściej kontrował. W tej wyrównanej konfrontacji lepszym okazał się jednak Darek, który pokonał Rosjanina zaledwie jednym punktem. Został już tylko finał. W walce o złoto miał się zmierzyć z Węgrem, Richardem Osvathem, który tak jak Darek, wygrał wszystkie dotychczasowe walki na turnieju w Strasbourgu. Osvath to jeden z najlepszych florecistów, również były pełnosprawny zawodnik, który po kontuzji kolana zaczął walczyć na wózku. Obecnie jest na 1 miejscu w rankingu światowym we florecie, Darek na 4.

- Darek rozpoczął bardzo dobrze, od razu wypracował sobie bezpieczną przewagę, którą dociągnął aż do przedostatniego punktu pojedynku -  mówi Sebastian Koziejowski. - Wydawało się, że złoto ma już w ręku, gdyż wygrywał 14:11. Wtedy Osvath poprosił sędziego o powtórkę video z ostatniej akcji, zrobiła się dłuższa, prawie 1 minutowa przerwa. I ta przerwa zaważyła o przebiegu dalszej walki, bo Darek się zdekoncentrował i pod rząd stracił kilka punktów. Węgier praktycznie wyrwał mu z ręki złoty medal.

Darek przyznaje, że powinien wygrać tę walkę.

- Węgier nie miał nic do stracenia, ja miałem dużo więc nie zaryzykowałem i za bardzo zachowawczo rozegrałem końcówkę, a Osvath postawił wszystko na jedną kartę i zaatakował z całym impetem i siłą - mówi Darek. - Nie zdążyłem się wybronić i otrzymywałem trafienia. Od 2010 roku raz wygrywa on, raz ja, tym razem on był górą. Ten pojedynek powinienem jednak wygrać.

Darek Pender zdobył jeszcze jeden indywidualny medal, brązowy w szpadzie. Niewiele brakowało - bo przegrał jednym trafieniem - a stoczyłby drugą walkę finałową. W pojedynku półfinałowym przegrał bowiem z największą gwiazdą szermierki na wózkach, Romainem Noble. Przed tym starciem trudno było wytypować faworyta, gdyż zawodnicy od lat dzielą się medalami. Na Paraolimpiadzie w Londynie to Darek był lepszy, ale rok później na Mistrzostwach Świata w Budapeszcie, wiktoria była po stronie Francuza.

- Wszyscy z czołówki walczą na wyrównanym poziomie, wymieniamy się miejscami na podium, więc tak naprawdę wszystko zależy od dyspozycji i umiejętności danego dnia - dodaje Darek. - Z Noble przegrałem jednym punktem, każdy popełniony błąd kosztuje, ja popełniłem ich o jeden więcej.

W finale Noble przegrał z Fiedajewem 12:15. Nie był to jednak koniec medali dla Polski. Swój dołożył Adrian Castro walczący w szabli Kat.B. Walki eliminacyjne nie przebiegły całkowicie po myśli Adriana, bo przegrał dwa z pięciu pojedynków. W fazie pucharowej przyspieszył jednak tempo, jakby wrzucił piąty bieg, bo wysoko wygrał kolejne trzy starcia: z Marco Cimą 15:9, Panagiotisem Triantafyllou 15:6, a w półfinale z Rosjaninem Albertem Kamałowem 15:9. To była wspaniała husaria Castro, która doprowadziła go do pojedynku finałowego o tytuł Mistrza Europy. Tu czekał na niego najlepszy obecnie na świecie w tej grupie i broni, Ukrainiec Anton Dacko. Adrian nie był jednak skazany na porażkę, ponieważ udawało mu się z Dacko już wygrywać.

- Adrian mocno pracował na treningach, co też odbiło się na jego wynikach w Pucharach Świata, a przecież rok wcześniej wygrał cały Puchar Świata. Był więc zaliczany do grona faworytów - mówi trener Sebastian Koziejowski.

Adrian zdawał sobie sprawę, że z Dacko czeka go ciężka przeprawa, choć jego apatyt na złoto znacznie wzrósł po wysoko wygrywanych poprzednich walkach.

- Rzeczywiście, z walki na walkę szło mi coraz lepiej, czułem, że naprawdę jestem mocny i że mam dobry dzień - powiedział po walce Adrian. - Początek walki z Dacko rozpoczął się dla mnie znakomicie, szedłem z impetem poprzednich walk, bo odskoczyłem Ukraińcowi na 8:4. Ale Dacko mnie doścignął, był szybki. Ja też byłem szybki, mam jednak mniejszy zasięg ramion i tę przewagę Dacko zaczął wykorzystywać w drugiej części pojedynku. Ostatecznie przegrałem 15:12, ale z tytułu wicemistrza Europy jestem zadowolony.

Nie był to ostatni indywidualny medal wywalczony przez Polaków. Zdobyła go również Renata Burdon w szabli Kat. A, która w drodze do finału pokonała Efthymie Vlami, Evę Hajmasi, a w półfinale zmierzyła się z Włoszką, Loredaną Triglia. Włoszka była przekleństwem Renaty, to ona odebrała jej szansę na medal pokonując na Mistrzostwach Świata w Katanii we Włoszech w 2011 roku. Renata wciąż o tym pamiętała. Przystąpiła do walki bardzo skoncentrowana, choć czuła jak emocjonalnie dużo ona ją kosztuje. Bardzo pragnęła rewanżu za tamtą porażkę. Włoszka znana jest z tego, że zadaje uderzenia z całej siły, a jej przeciwniczki kończą pojedynki z posiniaczonymi rękami. Dlatego starają się jak najbardziej trzymać ją na odległość. Tak też było teraz. Renata nie dała się przestraszyć i zdominować przez Włoszkę. Odpowiadała na jej ataki kontrami i sama też atakowała. Wreszcie przełamała Triglię i wyszła na prowadzenie, później wykonała dwie wspaniałe kontry i jeden atak i pewnie wygrała 15:12. Radość Renaty po walce była ogromna. W walce finałowej czekała już na nią Natalia Morkowych z Ukrainy. To mało znana młoda szablistka, która z każdymi zawodami i sukcesami wspinała się w rankingach coraz wyżej. Renata przegrała z nią i to wysoko - 7:15.

- Walka z Włoszką kosztowała mnie bardzo dużo emocjonalnie, to było być albo nie być, bo bardzo chciałam się zrewanżować za Katanię. Emocjonalnie ta walka mnie "zjadła" i w starciu z Ukrainką mi ich zabrakło.

Trener Koziejowski potwierdza, że radość z wygranej z Włoszką i emocje jakie jej towarzyszyły u Renaty, wpłynęły na walkę z Morkowych. Jednak wicemistrzostwo Europy to ogromy sukces Renaty, a swoim osiągnięciem dołożyła cenny krążek do zdobyczy polskiej ekipy. Powiększył ją również Grzegorz Lewonowski brązowym medalem w szpadzie Kat.B, w której faworytami w naszej drużynie byli jednak Kamil Rząsa i Grzegorz Pluta. Ale to Lewonowski popisał się najlepszą dyspozycją na mistrzostwach, wygrywając w fazie grupowej 4 walki, a potem pokonując w 1/8 finału  świetnego Aleksandra Kurzina 15:8, a w ćwierćfinale faworyta gospodarzy Yannicka Ifebe 15:11. Zwycięstwo z Francuzem zapewniło Polakowi medal.  W pojedynku finałowtm musiał jednak uznać wyższość Białorusina Andrieja Pranewicza, późniejszego mistrza Europy, z którym przegrał 11:15. Medal na mistrzostwach Europy to największe osiągnięcie Grzegorza Lewonowskiego i uwieńczenie jego długiej kariery. W Strasbourgu wykorzystał swoje doświadczenie i zrobił wynik życia, za co należy mu się ogromne uznanie.

Nie był to jeszcze koniec medali dla biało-czerwonych. Najpierw radość dostarczyli nam szabliści, którzy w składzie Rafał Treter, Radosław Stańczuk, Adrian Castro i Grzegorz Pluta, wywalczyli w rywalizacji drużynowej brązowy medal. Potem medal dołożyli szpadziści Norbert Całka, Dariusz Pender, Kamil Rząsa i Radosław Stańczuk, którzy najpierw rozgromili ekipę Niemiec 45:17 - tego się spodziewaliśmy - a potem pokonali silnych Rosjan 45:38, aby w finale spotkać się z gospodarzami turnieju. Francuzi nie byli zdecydowanymi faworytami w tej walce, Polacy też nie, szanse były pół na pół. Jednak doping jaki otrzymali trójkolorowi od swoich kibiców, dał im psychologiczną przewagę. Wykorzystali ją i wygrali z nami 45:38. To był czwarty srebrny medal dla Polski. Nasze panie nie chciały być jednak gorsze od panów, one również sprawiły radość polskim kibicom. Szpadzistki - Marta Makowska, Marta Fidrych i Renata Burdon dotarły do finału ogrywając zaledwie jednym punktem drużynę Ukrainy. W walce o złoto nie miały jednak szans z faworyzowanymi Rosjankami, które wygrały 44:32. To był piąty wicemistrzowski tytuł dla Polski! Powód do radości dali nam jeszcze floreciści, którzy w składzie Darek Pender, Michał Nalewajek, Rafał Ruszczyk i Zbigniew Wyganowski, najpierw wyeliminowali Ukraińców 45:34, a później faworyzowanych gospodarzy 45:40. W finale spotkali się z ekipą Rosji.

- W zespole panowała znakomita atmosfera, to dzięki niej roznieśliśmy Ukraińców - kończy trener Sebastian Koziejowski. - Z Francuzami walka była dramatyczna, najpierw my prowadziliśmy, potem oni odskoczyli na kilka punktów, jednak wspaniałe przełamanie zrobił Michał Nalewajek, który wysoko wygrał swój pojedynek. Jemu drużyna zawdzięcza odrobienie strat i wyjście na prowadzenie. Darek w swojej walce utrzymał przewagę i wygraliśmy. Z Rosjanami było już trudniej bo odskoczyli nam już na początku.  Ale Nalewajek znów wygrał swój pojedynek i sporo odrobił, choć przed ostatnią walką Darka, Rosjanie posiadali dwupunktową przewagę. Darek walczył z Romanem Fiedajewem, którego już pokonał na mistrzostwach zdobywając srebro we florecie. Wydawało się, że scenariusz się powtórzy, bo Darek doprowadził do remisu. Jednak w końcówce to Fiedajew lepiej punktował i Rosja wywalczyła złoto. Było naprawdę blisko, jednak kolejny tytuł wicemistrzowski, to świetny wynik naszej drużyny.

Polska drużyna zdobyła na Mistrzostwach Europy łącznie 10 medali: 1 złoty, 6 srebrnych i 3 brązowe. Więcej niż Włosi (2 złote i 2 brązowe) i Węgrzy (2 złote, 1 srebrny i 2 brązowe). W drużynowej klasyfikacji medalowej uplasowaliśmy się jednak za nimi. To pokazuje, że w międzynarodowej punktacji medalowej, nawet 6 tytułów wicemistrza Europy mniej się liczy, niż jeden tytuł mistrzowski i nie wystarczy, aby zająć wyższą pozycję w końcowej klasyfikacji. Od lat trwają dyskusje, czasem bardzo gorące, czy ustalona wiele lat temu punktacja medalowa wpływająca na końcową klasyfikację drużyn, jest najbardziej sprawiedliwa? Nie mi to rozstrzygać. Ale mówiąc szczerze, jako kibic, wolę ujrzeć sześć, a nawet pięć razy polskich zawodników na podium, którzy otrzymują srebrny medal i tytuł wicemistrza Europy, niż tylko raz, nawet z tytułem mistrzowskim. Sześć, pięć srebrnych medali więcej mówi o sile, przygotowaniu, potencjale i możliwościach całej drużyny, niż tylko jeden złoty.

Facebook