Alternative flash content

Requirements

Hong Kong - puchar w paszczy lwa (artykuł)

Puchar Świata w szermierce na wózkach - Hong Kong

Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, w dniach 16-22 grudnia, odbył się w Hong Kongu ostatni w 2013 roku turniej Pucharu Świata w szermierce na wózkach zaliczany do Grand Prix. Zawody były mocno obsadzone przez Azjatów, którzy dominują w światowej szermierce. Trzem reprezentantom polskiej drużyny, która wyjechała w bardzo okrojonym - sześcioosobowym - składzie, udało się wywalczyć trzy medale.

Do Hong Kongu wyjechała z Polski mała ekipa w składzie Marta Fidrych, Marta Makowska, Norbert Całka, Adrian Castro, Grzegorz Pluta i Dariusz Pender, z trenerem Łukaszem Jamrozy. Można powiedzieć, że był to wyjazd do "paszczy lwa", bo Azjaci walczyli u siebie. Zapowiadało to bardzo trudne walki i niepewne wygrane. A presja nie była mała. Norbert Całka (szpada kat. A) i Adrian Castro (szabla kat. B) jechali jako jedni z faworytów do zdobycia Pucharu Świata w klasyfikacji generalnej (tzw. Kryształowej Kuli). Podobne szanse miał Grzegorz Pluta (szabla kat. B), mający za sobą świetny sezon. Marta Fidrych po znakomitych występach w całym roku i zdobyciu brązowego medalu na Mistrzostwach Świata w Budapeszcie (szpada kat. A), również chciała zakończyć kończący się rok na podium. Tego samego pragnął niezawodny Darek Pender (szpada kat. A), który z każdych zawodów przywoził medal. Wreszcie Marta Makowska (floret kat. B), która mimo, że jest już raczej u schyłku swojej wspaniałej kariery, pragnęła także udowodnić, że "stara gwardia" nie składa jeszcze broni. Zawodnicy i trener wyjeżdżali więc do Hong Kongu z nadziejami na powtórzenie sukcesów, choć nie bez obaw.

Brąz na początek

Turniej rozpoczął się dla nas pomyślnie. Marta Makowska po świetnych walkach w grupie we florecie kat. B, uplasowała się tak wysoko, że otrzymała wolny los i nie musiała walczyć o wejście do pierwszej ósemki. W pojedynku o wejście do czwórki (czyli do strefy medalowej), czekała na nią groźna Koreanka Jung Ah Kim. Tę walkę Marta rozpoczęła słabo, jej akcje nie "wchodziły" - jak mówi się w żargonie szermierzy. Koreanka natomiast zaczęła mocno, wykonała kilka szybkich trafień i odskoczyła Marcie na bezpieczną punktową odległość - najpierw na 5:2, chwilę później na 7:2. Wydawało się, że jest już po walce i Marta nie zdoła odrobić takiej straty. Musiała szybko wprowadzić jakąś nową akcję, która zaskoczy przeciwniczkę i odmieni losy tego pojedynku. Tak też zrobiła. 

- Wiedziałam, że muszę coś zmienić - mówi Marta. - Zastosowałam zasłonę piątą i pchnięcie od dołu. Zadziałało. Co jakiś czas powtarzałam tę akcję, a Kim nie potrafiła sobie z nią poradzić. Wyrównałam wynik, a kiedy wyszłam na prowadzenie, Koreanka zaczęła się denerwować. Zaczęłam więc zdobywać punkty także z natarcia. I wygrałam 15:10. Cieszę się, że nie poddałam się mimo, że wysoko przegrywałam na początku.

W walce o wejście do finału Marta trafiła na najgroźniejszą przeciwniczkę, aktualną mistrzynię olimpijską i mistrzynię świata, Chinkę Fang Yao. Chinka była zdecydowaną faworytką, Marta nigdy z nią jeszcze nie wygrała. Najbliżej zwycięstwa była na Paraolimpiadzie w Londynie, gdzie toczyła z nią zacięty bój o wejście do finału. Pojedynek był wyrównany do stanu 10-10. Potem Yao nagle przyspieszyła, zdobyła kilka punktów i wygrała. Tę skuteczną taktykę stosuje do dziś, zastosowała ją także teraz.

- Ona zawsze przyspiesza w końcówce, dosłownie włącza szósty bieg - dodaje Marta. - Szybkość i tempo w jakich rozgrywa wtedy akcje, jest dwu-trzykrotnie większa. W ten sposób wywiera presję, na razie nikt nie potrafi znaleźć na nią sposobu. Z tą szybkością nie potrafiłam i ja sobie poradzić. Przegrałam ostatecznie 8:15. Potem Yao wygrała też finał.

Marta stanęła na najniższym podium, zdobywając brąz we florecie. W szpadzie udało się jej wejść do pierwszej ósemki, lecz nie przebiła się do strefy medalowej, wysoko ulegając Chince Jingjing Zhou. Ostatecznie zajęła piątą pozycję. Tu triumfowała inna Azjatka, mistrzyni paraolimpijska z Londynu - Jana Saysunee z Tajlandii. Marta przyznaje, że u schyłku swojej kariery sportowej, lepiej jej się walczy we florecie, która opiera się na technice, niż w szpadzie, wymagającej siły i szybkości, a tych zaczyna jej brakować. Uważa jednak, że o wygranej wciąż w dużej mierze decyduje psychika oraz rozwijanie swoich umiejętności. Gdyby wpadła w panikę, nie odrobiłaby strat z Kim. 

- Dziś zawodnicy dynamicznie się rozwijają i na każde zawody przyjeżdżają z nowymi akcjami i układami - kończy Marta. - Nie można już opierać chęci wygrania na akcjach, które zadziałały w poprzednim turnieju. Trzeba wymyślać nowe, jakich przeciwniczki jeszcze nie znają, dosłownie na każde zawody, jeśli myśli się o utrzymaniu w czołówce. Trenerzy nagrywają teraz każdą walkę, błyskawicznie ją analizują i z tą wiedzą przyjeżdżają na nowe zawody. Właściwie na tych samych zawodach analizują nowe akcje przeciwnika, które zaskakiwały ich zawodników, opracowują dla nich obronę i w następnych walkach, następnego dnia, te akcje już nam nie "wchodzą". Nie można więc mówić, że zna się dobrze jakąś zawodniczkę. Każda przyjeżdża na zawody z czymś nowym, aby zaskoczyć przeciwnika, wybić go z równowagi i wygrać walkę. Trzeba na bieżąco rozszerzać swój arsenał metod, akcji i uników, aby wygrać wojnę taktyczną i psychologiczną.

Krok od sukcesu

Zasadniczych powodów do narzekań nie może mieć Marta Fidrych, mimo, że z Hong Kongu nie przywiozła medalu w swej koronnej broni, szpadzie w kat. A. Wygrywała swoje pojedynki do czasu, gdy na jej drodze nie stanęła - w walce o wejście do strefy medalowej - mistrzyni świata Jing Rong z Chin. Martę stać na sprawienie niespodzianki, wiedział o tym trener Łukasz Jamroz, choć obiektywnie Chinka jest lepszą szpadzistką i w pojedynku ona była faworytką. Pretensji do Marty w przypadku jej przegranej, nikt nie powinien więc mieć. A jednak można mieć niewielką. Bo Marta wygraną miała już w garści. W ostatniej chwili wypuściła ją z rąk. Pojedynek rozpoczęła znakomicie odskakując mistrzyni świata na 5:2.  Choć Rong doprowadziła do wyrównania, to Marta dalej toczyła wyrównaną walkę, punkt za punkt, raz dla niej, raz dla Rong. Wreszcie osiągnęła przewagę 14:13. Dzielił ją tylko punkt od zwycięstwa! I wtedy zdecydowała się na atak... niepotrzebnie.  Przy takim wyniku powinna postawić na kontrę. Tym bardziej, że najwięcej punktów w tym pojedynku zdobywała właśnie z kontry.

- To był taktyczny błąd, który kosztował mnie przegraną - nie ukrywa Marta. - Powinnam poczekać i uderzyć z kontry, a ja dwa razy zaatakowałam i straciłam dwa punkty.

Jing Rong wygrała dwa pozostałe pojedynki i zdobywała złoto w całym turnieju, Marta zajęła szóste miejsce. Szkoda tej niewykorzystanej szansy.

- Po tak straconej szansie trudniej się mówi, że szóste miejsce to zadowalający wynik - mówi trener Łukasz  Jamrozy. - A Marta na pucharach świata przeważnie stawała na podium. Teraz w walce o medal trafiła na samą mistrzynię. Mogła jednak z nią wygrać, naprawdę mogła, gdyby się nie pośpieszyła i poczekała na atak Chinki. W szabli, w walce o wejście do strefy medalowej, także trafiła na aktualnie najlepszą zawodniczkę na świecie, Rosjankę Albinę Kuramshinę. I przegrała.

Marta nie miała łatwego zadania. Gdyby jednak lepiej walczyła w grupie w szabli, gdzie na cztery pojedynki przegrała aż dwa, nie trafiłaby od razu na Rosjankę. Podium było w zasięgu ręki. Swojej szansy nie wykorzystał również Norbert Całka, który był najpoważniejszym kandydatem - obok Francuza Romaina Noble - do wywalczenia Pucharu Świata w rocznej klasyfikacji generalnej w szpadzie kat. A.  Ku zaskoczeniu wszystkich, obydwoje wcześnie odpadli z turnieju nie wchodząc do pierwszej ósemki. Odpadli nie z braku umiejętności, bo tych im nie brakowało (inaczej nie walczyliby o Kryształową Kulę). Za bardzo jednak zależało im na zdobyciu pucharu i nie wytrzymali stresu, że muszą wygrać. Emocje wzięły górę, zabrakło chłodnej kalkulacji i spokoju. Norbert decydującą walkę przegrał z Francuzem Damienem Tokatlianem ulęgając mu 13:15. Gdyby ją wygrał i wszedł do strefy medalowej, Puchar Świata miałby w kieszeni.

W kolorze srebra i złota

Tu sprawdziło się przysłowie "Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta". Tym trzecim okazał się - na szczęście dla nas - inny polski zawodnik, Darek Pender. I to on "zgarnął" puchar. W fazie grupowej Darek wygrał wszystkie pojedynki, potem pokonał Tajlandczyka Yuenyonga Khanthithao, Francuza Roberta Citerne, a w walce o wejście do finału Chińczyka Xuefenga Liu - 15:10. W finale o złoto przyszło mu walczyć nie z kim innym, a z obecnym mistrzem świata, Chińczykiem Jianquanem Tianem.

- Zacząłem standardowo od straty kilku punktów i było 4:0 dla Tiana - mówi Darek Pender. - Później powoli odrabiałem straty doprowadzając do 5:4, a następnie do remisu 13:13. W końcówce popełniłem jednak dwa błędy i było po walce. Na tym etapie pojedynku wygrywa ten, kto nie popełni błędu, ja je popełniłem i kosztowały mnie przegraną. Ale walka była wyrównana.

Tian, to obecnie najlepszy szpadzista na świecie w kat. A. Darek tylko raz z nim wygrał, na paraolimpiadzie w Londynie. Od tamtego czasu walczyli dwa razy i Tian wychodził z tych pojedynków zwycięsko. Najbliższa okazja na rewanż będzie możliwa podczas jednego z tegorocznych Pucharów Świata. Zdobywając srebro w Hong Kongu, Dariusz Pender wywalczył Puchar Świata w klasyfikacji generalnej za rok 2013. Nie liczył na to trofeum, bo przed turniejem znacznie więcej punktów w klasyfikacji pucharowej mieli Całka i Noble. Dzięki tej wygranej, znalazł się na pierwszym miejscu w światowym rankingu.

Podobna sytuacja powtórzyła się w szabli mężczyzn kat. B. Jednym z kandydatów do zdobycia Pucharu Świata był Adrian Castro. Adrian, brązowy medalista Mistrzostw Świata z Budapesztu, wygrał w wielki stylu wszystkie pięć walk, m.in. z aktualnym wicemistrzem świata Marc André Craterem. O wejście do strefy medalowej trafił na Ukraińca Antonowa Datsko, któremu jednak uległ 11:15 i zakończył zawody zajmując piąte miejsce. Pomścić mógł go jedynie Grzegorz Pluta walczący w tej samej kat. B. Grzegorz również wygrał wszystkie swoje dotychczasowe pojedynki, m.in. z Cheung Wai-Leungiem z Hong Kongu. W walce o wejście do finału skrzyżował szablę właśnie z Datsko, pogromcą Castro. Ukrainiec to najgroźniejszy przeciwnik Grzegorza - od kilku lat rywalizują ze sobą o palmę pierwszeństwa w swojej kategorii. Ich walki są bardzo zacięte z emocjami do ostatniego punktu. Przed turniejem w Hong Kongu walczyli ze sobą dwa razy, raz wygrał Datsko raz Grzegorz, wygrywali taką samą punktacją 15:14. Tym razem wiktoria uśmiechnęła się do Pluty. Był w znakomitej dyspozycji, wygrał zdecydowanie 15:10. To zwycięstwo dało Polsce drugi finał w turnieju. W walce finałowej naprzeciwko Pluty usiadł Rosjanin Aleksander Kurzin. Grzegorz jeszcze nigdy z nim nie przegrał, więc szansa na pierwsze "nasze" złoto była duża.

- To był wyrównany pojedynek, ale do przerwy przegrywałem 7:8 - mówi Grzegorz. - W przerwie przemyślałem co muszę zmienić, aby wyrównać i przełamać wynik. Nie robiłem żadnych błędów, nie wszystko jednak wykonywałem perfekcyjnie w obronie i kontrze, którą lubię najbardziej. Postanowiłem więc poprawić precyzję.      W drugiej części Grzegorzowi udało się wyrównać 9:9, potem przełamać Kurzina, a następnie odskoczyć mu na bezpieczną punktową odległość. Przewagę "dowiózł" do końca pojedynku wygrywając 15:11. Zrobił dokładnie to co postanowił w czasie przerwy. Na chłodno i spokojnie. Dzięki temu zwycięstwu Grzegorz Pluta zdobył Puchar Świata za rok 2013. Tak jak Darek Pender, z tą różnicą, że było to pierwsze takie trofeum w jego karierze. Również on podkreśla, jak ważne jest nie uleganie emocjom, gdy się przegrywa.     - Najważniejszy jest spokój, jeżeli zawodnik jest pewien swoich umiejętności, nie zaczyna robić głupstw i trzyma się założonych koncepcji, które przynoszą efekty, to ma dużą szansę na zwycięstwo - mówi Grzegorz.  - Z Rosjaninem przegrywałem, w przerwie przeanalizowałem sobie czego mi brakuje, a brakowało dokładności. I ją poprawiłem trzymając się dotychczasowych założeń. Jeśli w takiej chwili zawodnik pozwoli sobie na nerwowość, chwilę frustracji i niepewności, to wykonuje nieprzemyślane i desperackie akcje, które zwykle kończą się niepowodzeniem.

Patrząc na Strasburg

Trzy medale jakie Polacy w małym 6-osobowym składzie przywieźli z Hong Kongu, trzeba uznać za spory sukces. Wywiezione dodatkowo dwa Puchary Świata, osładzają ten wynik.  Były szanse na jeszcze inne zdobycze. Ale powodów do narzekań nie ma wielu. Norbert Całka, Marta Fidrych to znakomici młodzi zawodnicy, którzy wciąż poznają tajniki decydujące o zwycięstwie. Wiedzą, co muszą poprawić. Marta Fidrych - dzięki pomocy Tadeusza Nowickiego - od tego roku zamieszka w akademiku na AWF w Warszawie, aby więcej czasu poświęcać na treningi. To dobra decyzja bo Marta ma predyspozycje do wygrywania z najlepszymi zawodniczkami. A już niedługo czekają polską kadrę najważniejsze boje, w lipcu na  Mistrzostwach Europy w Strasburgu. Tam kierują swój wzrok wszystkie europejskie reprezentacje, dla których zawody te są priorytetem. Formę będzie można sprawdzać i konfrontować podczas walk nowego cyklu Pucharu Świata. Dla Darka Pendera  i Grzegorza Pluty celem także będzie obrona wywalczonych pucharów, co przy dzisiejszej wyrównanej rywalizacji, oznacza konieczność uczestniczenia we wszystkich zawodach z tego cyklu.

- Priorytetem są Mistrzostwa Europy w Strasburgu - potwierdza trener Łukasz Jamroz.  - Liczymy, że zawodnicy którzy w minionym roku odnosili sukcesy, w tym roku potwierdzą wysoką formę. A młodzi zaczną dołączać do tych doświadczonych i jeszcze więcej trenować. Teraz mają najlepszy czas w karierze, aby się rozwijać. Potem się tego nie nadgoni.

(Autor: Piotr Stanisławski)

Facebook